Stół do pilarki ręcznej samemu

Opublikowany: Czerwiec 11th, 2018 | Autor: | Kategoria: Design, Dom i mieszkanie |
Tagi: , , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

Pozazdrościłem kilku youtuberom-stolarzom którzy zalewają internet swoimi konstrukcjami „stołów do cięcia drewna” wykonanymi samodzielnie i postanowiłem sobie taki sprawić. Przez chwilę chciałem nawet coś takiego kupić ale poniżej 1000 PLN nie ma nawet czego szukać.
Mam drewno, pilarkę, trochę narzędzi i chęci. Powinno pójść gładko.

Kiedy już postanowiłem że buduję stół, od razu zrobiłem porządek i przygotowałem sobie kącik na narzędzia. Okazało się paradoksalnie że najlepsze i co dziwne najtańsze rozwiązania znalazłem w IKEI. Najtańsze tablice perforowane w marketach to jakieś 80 PLN podczas gdy w Ikei w tym wymiarze 59 PLN. Co prawda to nie blacha ale wizualnie to jak porównywanie murowanego garażu i blaszaka. Zmontowałem sobie szybciutko zestaw i w ciągu dnia miałem swój własne kącik garażowy, na który czekałem 10 lat 😉 a to jeszcze nie koniec.

Tablica narzędziowa SKADIS

Tablica narzędziowa SKADIS


Później było już górki. W leroyu kupiłem sobie dwie półki sosnowe 40×80 i w jednej wyfrezowałem na głębokości 2mm kształt perforowanych płytek stalowych które miały być bazą do śrub mocujących pilarkę. Dlaczego w ten sposób ? Na wypadek gdybym kiedyś musiał wymienić pilarkę bo się na przykład popsuje. Wtedy to odkręciłbym starą i zamocował nową 😉 Poza tym zaokrągliłem rogi dla lepszego efektu.

Stół do pilarki Black & Decker

Stół do pilarki Black & Decker


Następnie przyłożyłem pilarkę do spodu blatu i wyciąłem otwór pod kątem 90 i 45 stopni. Dzięki temu mogłem nawiercić otwory w prowadnicy pilarki i z drugiej strony przykręcić śrubami. Blachę wcześniej fazowałem, tak więc śruby schowały się poniżej poziomu blatu. Otwór przez który widać piłę dodatkowo frezowałem dla lepszego wyglądu a blat i blachę nawoskowałem aby drewno przyjemnie się przesuwało do cięcia. Rogi stołu frezowałem aby nie zawadzać o ostre krawędzie.


Pilarka ręczna zamocowana do stołu

Pilarka ręczna zamocowana do stołu

Pilarka ręczna zamocowana do stołu

Pilarka ręczna zamocowana do stołu

Stół do drewna z pilarki ręcznej

Stół do drewna z pilarki ręcznej

Aktualnie stół ma już nogi, ścianki boczne i prowadnice boczne. Następna w kolejności będzie prowadnica z podziałką i jakiś wyłącznik z rozdzielaczem.

Stół do drewna z pilarki ręcznej

Stół do drewna z pilarki ręcznej

Stół do drewna z pilarki ręcznej

Stół do drewna z pilarki ręcznej


Majówka 2018 – Kościelisko

Opublikowany: Maj 5th, 2018 | Autor: | Kategoria: Podróże |
Tagi: , , , , , , , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

I znów w górach! I tym razem bez wózka 😀 !

To był świetny pomysł aby nie brać wózka w tym roku, zajmował prawie pół bagażnika a podejścia pod Gubałówkę z wózkiem nie chciałbym powtarzać 😉
Tak więc w bagażniku zrobiło się dość luźno a pod nogami w samochodzie przestały walać się torby. Tuż przed wyjazdem okazało się też że trzeba nabić klimatyzację w Peugeocie więc 200 PLN poszło się kochać (niebawem miało okazać się i tak nietrafionym wydatkiem).
Psy nakarmione, gaz i woda zakręcone, prąd wyłączony … można ruszać. W tym roku nawet nie zawracaliśmy 🙂
Jechaliśmy ponad 6 godzin z przerwami na McDonaldsa i KFC, a kawa i energetyki pomagały jakoś przetrwać. Oczywiście nie tyko my wpadliśmy na genialny pomysł jazdy nocą i nie było tak luźno jak planowaliśmy. Po drodze tradycyjnie kilku debili siedzących na zderzaku głównie na warszawskich blachach (WI, WE, WB, WD, no i WWE).

Dojechaliśmy po 4.00 i postanowiliśmy zrealizować zeszłoroczny plan wschodu słońca z widokiem na góry. Najpierw pojechaliśmy na Gubałówkę ale okazuje się że widoki na góry w aucie są raczej średnie. Za to Gubałówka o 4 rano jest super – zero ludzi zero zakazów przejechaliśmy całą. Później stwierdziliśmy że najlepszy widok będzie tak jak w zeszłym roku na drodze Oswalda Balzera i tam też zaparkowaliśmy. Słoneczko obudziło nas koło 6.00 i razem z innymi podziwialiśmy na parkingu wschód słońca.


Poranek w tatrach

Poranek w tatrach

Dzień 1
Tradycyjnie zaliczyliśmy Gubałówkę. Co ciekawe koło 6.30 nikogo nie było na szlaku i mijała nas pierwsza kolejka gdzieś w połowie drogi. Przejście zajęło nam 40 minut i jakieś 3 przerwy dla dzieciaków które musiały trochę pomarudzić. Na górze czekały na nas leżaczki Radia Zet (którego i tak nie lubię i nie słucham) na których chwilę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Zejście było zdecydowanie gorsze, Oskar coraz bardziej marudził, potykał się, denerwował. Za to Alek nieco przyśpieszył i jak na 3 latka ogarnął zejście z Gubałówki wzorowo. Na dole Oskar napalił się na zjeżdżalnię i poleciał na mega zjazd za 5 PLN.
Po zejściu okazało się że moje niezniszczalne buty w których chodzę od 10 lat po górach się rozkleiły więc skoczyłem do najbliższego sklepu z buciorami i kupiłem najtańsze adidasy za 45 PLN. Później pojechaliśmy zrobić zakupy a o 16.00 zaczęła się nam doba hotelowa w Aniołówce. Piwko i spać 😉


Gubałówka z dzieciakami

Gubałówka z dzieciakami

Dzień 2
Dziś wybraliśmy się na Polanę Chochołowską co od Aniołówki jest rzut beretem. Parking coraz tańszy bo 7 PLN za cały dzień a były nawet miejsca za 5 PLN. Parkingów jest tam sporo natomiast zainteresowanie dość słabe. Tak generalnie to wydaje się nam że cała ta majówka było zdecydowanie mniej tłoczna niż w poprzednich latach. Było sporo marudzenia dzieciaków podczas drogi. Nie polecamy tej trasy dla dzieci pomimo tego co piszą ludzie w internecie. Trasa jest łatwa, niestety dla dzieci nudna i męcząca. Według nas najlepiej wypadają trasy krótkie i ciekawe, gdzie dziecko zapomina o tym że bolą je nogi a skupia się na pokonywaniu przeszkód. Na tej trasie ma prostą i nudną drogę nie przekonacie dzieciaka że – to są piękne widoki – mają to gdzieś 😉
Tak naprawdę najlepiej dzieci bawiły się na postojach, zjadły, napiły się, wygłupiały. Na polanie zaczęły znosić kamienie i wspinać się na płotki, to była zabawa.


Dolina Chochołowska

Dolina Chochołowska

Polana Chochołowska

Polana Chochołowska

Zabawa na polanie Chochołowskiej

Zabawa na polanie Chochołowskiej

Aga na polanie

Aga na polanie


Kiedy już dowlekliśmy się na parking oczom naszym ukazał się taki oto widok. Najwyraźniej ta podróż była za długa bo na parkingu zostaliśmy ostatni.

Parking w dolinie Chochołowskiej

Parking w dolinie Chochołowskiej


Na koniec poszliśmy coś wszamać do Kuźnic. W zeszłym roku mieliśmy spróbować rybki i się nie udało ale w tym roku wskoczyliśmy na pstrąga w ogniu z http://naboo.com.pl/ i był całkiem całkiem. Prawdę mówiąc mieliśmy coś zamówić na wynos ale dzieciaki zaczęły się bawić na placu zabaw i postanowiliśmy zjeść po ludzku przy stoliku. W sumie posiłek dla dwóch osób 88 PLN.
Później do Aniołówki i piwerko 😉

Dzień 3
Zuza zaproponowała trasę krótką i ciekawą … czyli Nosal. Marudzenia dzieci było mało, trasa szybciutka, po kamykach, zwalone drzewa, jednym słowem ciekawie. Ciekawiej było jeszcze kiedy Zuza postanowiła siknąć gdzieś w lesie i ciężko było się gdzieś schować bo ludzie kursowali jak muchy. Później się rozpadało i na szczęście tym razem byłem krok przed deszczem i kazałem Zuzie kupić płaszcz przeciwdeszczowy – przydał się. Po godzince byliśmy już na szczycie, deszcz przestał padać i mieliśmy chwilę czasu na fotki i chrupki.


Nosal z dzieciakami

Nosal z dzieciakami

Aga na Nosalu

Aga na Nosalu


Zejście było mniej wesołe ale było zdecydowanie mniej marudzenia że nogi bolą niż w dolinie Chochołowskiej. Ciekawostką jest to że w Kuźnicach jest parking położony po znaku zakazu wjazdu tuż przed samymi Kuźnicami. Gdybyśmy wiedzieli wcześniej poświęcilibyśmy 15 PLN więcej aby tam zaparkować. A tak zapłaciliśmy 10 PLN za cały dzień na czyimś podwórku bo na zwykły parking pod skoczniami było nam szkoda 20 PLN. Generalnie to stwierdzam że po tylu latach majówek w Zakopanym najbardziej denerwują nas wszechobecne parkingi, dosłownie nie można zrobić zakupów spożywczych. Zuza chciała kupić chleb i po 10 sekundach podlatuje do mnie gość z kasownikiem i pyta czy długo tu będę – Nie! Do sklepu chcę – straszne to jest.
Na koniec skoczyliśmy do baru mlecznego http://www.spolem-zakopane.pl bardzo przyjemne żarcie, można zjeść pod chmurką przy ławeczce więc dzieci mogą odpierdalać 😉 Później tradycyjnie piwerko w Aniołówce.

Dzień 4
Dziś poszliśmy na żywioł i od rana ruszyliśmy na dolinę Kościeliską. Tak wiem, nudno i długo ale w zeszłym roku zakończyliśmy dolinę Kościeliską na jaskini Mroźnej tak więc stwierdziliśmy że tym razem dojdziemy do Hali Ornak. I tak kroczyliśmy z marudzącymi dziećmi, z pęcherzami na stopach (bo buty za 45 PLN są mega słabe) i z Alkiem na barana bo „nogi bolą”. Co było najciekawsze ? Przystanki.
Pierwszy przystanek przy strumyku i Oskar wpadł z butem do wody. No to suszymy skarpetki i nogawki. Alek też chce do wody 😉


Tuż przed kąpielą

Tuż przed kąpielą

Rodzinka na Kościeliskiej

Rodzinka na Kościeliskiej

Drugi przystanek Alek spada z kamieni, Oskarowi czapka a za nami ciągnie się zapach końskiego moczu 😉
Zawsze zastanawia nas po co ci ludzie zamawiają bryczki na tak prostą trasę? Jechać w góry bryczką i nie zdobywać szczytów, brzmi jak dobry plan.
Tak samo idiotyczni wydają się nam ludzie którzy jarają szlugi na szlakach. Co właściwie tu robicie, ostatnia trasa w życiu?
Najgorsze jest na końcu kiedy dotarliśmy na halę Ornak. Tam nie ma nic poza schroniskiem ale jest taka kolejka że natychmiast zawróciliśmy.
Po drodze z ciekawszych rzeczy to tylko świeżo wędzone oscypki, skały na które dzieci z chęcią właziły i żmija 😉 Oczywiście ludzie obeszli ją dookoła i zaczęli fotografować, pewnie myśląc że to zaskroniec. Otóż nie. Zygzaczki na plecach stwierdzają wyraźnie że to jadowity gad.
Na koniec wstąpiliśmy do karczmy w Kirach naprzeciwko tablicy informacyjnej gdzie zjedliśmy najlepsze zupy w Tatrach – Pomidorową i Czosnkową – pycha.

Dzień 5
Mieliśmy dziś zdobywać dalej góry ale byliśmy już tak zmęczeni i spaleni słońcem że postanowiliśmy wracać do domu wcześniej. Poza tym stwierdziliśmy że powrót w dzień będzie spokojniejszy i ominiemy korki. Cóż, okazało się że korki i tak nas dopadły a poza tym jechaliśmy bez klimatyzacji. Niestety układ chłodzenia okazał się nieszczelny i czeka nas wymiana chłodnicy klimatyzacji (teraz wiadomo dlaczego nabijanie klimy było błędem). Za to mieliśmy więcej przystanków i kawki w McDonalds 😉 Dotarliśmy po 23.00 więc zdążyliśmy tylko wstawić walizki i iść spać.


Garażowy stół heblarski

Opublikowany: Sierpień 18th, 2017 | Autor: | Kategoria: Design, Dom i mieszkanie |
Tagi: , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

A wszystko zaczęło się od tego że kilka dni wcześniej rozszalała się burza i zrzuciła spory kawał blacho-dachówki z desek. Po burzy zerknąłem co dzieje się z moim drewnem konstrukcyjnym i deskami otóż okazało się że w niedokładnie przykrytym miejscu drewno zaczęło sobie gnić a pod spodem wesoło żerowały już ślimaki. Postanowiłem uszczelnić to co przetrwało i suszyć to czego potrzebowałem do budowy stołu.
Po kilku dniach pracy po pracy powstała taka oto konstrukcja:


Własny stół garażowy

Własny stół garażowy


Wszystkie elementy prawilnie połączone metodą pióro-wpust do tego wkręty i dodatkowe stalowe kątowniki do nóg dla większej stabilności. Całość miała być ciężka i w miarę nieruchoma podczas heblowania. W założeniu stół miał służyć do montażu imadeł szlifierek może krajzegi ? Najistotniejsza miała być jego długość i szerokość bo musiał się mieścić pomiędzy filarami w garażu i być mobilnym na wypadek cięcia w lecie jakichś długich elementów.


Pomocnik stolarza

Pomocnik stolarza


Nie było łatwo złapać poziom na kostce brukowej która jest zrobiona ze spadkiem, więc ułożyłem płytę okleinową co trochę pomogło poskładać szkielet.


Oszlifowany stół garażowy

Oszlifowany stół garażowy


Po kilku kolejnych godzinach pracy stół został oszlifowany a „blat” wyrównany do poziomu przy pomocy strugu elektrycznego i szlifierki oscylacyjnej. To chyba najbardziej upierdliwa część.


Stół garażowy po pokryciu lazurem

Stół garażowy po pokryciu lazurem

Stół garażowy po pokryciu lazurem

Stół garażowy po pokryciu lazurem

Stół heblarski

Stół heblarski


Na koniec zamontowałem jeszcze kółka aby poprawić mobilność. Stół jest dość ciężki i samemu nie jest lekko go przestawiać więc spełnia swoje założenia. W blacie posiada dwa otwory które są efektem wycięć na drewnie które pozostało mi po budowie, ale w założeniu będą służyć jako wsporniki do heblowanego drewna.
I tu chwilowo przygoda ze stołem się kończy. Na chwilę obecną stół ma już pierwszą warstwę lakieru i schnie. Następne w kolejności ma być imadło heblarskie do którego potrzeba jeszcze trochę części



Majówka 2010 (FPP 2017)

Opublikowany: Kwiecień 23rd, 2017 | Autor: | Kategoria: Podróże |
Tagi: , , , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

7 lat czekał materiał video z majówki 2010 na publikację aż w końcu usiałem i zmontowałem to w klipie. 7 lat temu pojawił się ten pomysł (na fali reklam FPP). Opowiedzieliśmy w 1.5 minuty o tym co działo się w Zakopanym i przy okazji wyszła niskobudżetowa reklama Coli 🙂

Pełna historia tu:
/2010/05/majowka-2010-zakopane/


Sadzimy ogrodzenie, czyli żywopłot z bukszpanu.

Opublikowany: Kwiecień 2nd, 2017 | Autor: | Kategoria: Ogród |
Tagi: , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

W zasadzie powinniśmy o taym pomyśleć jakieś 5 lat temu 😉 ale kto by o tym wtedy myślał.
Akurat trafiła się przyjemna promocja na Bukszpan w Leroy za 3,98 więc nie sposób było się oprzeć aby spróbować go zasadzić.
Szybka instrukcja w internecie, przekopanie głębokości szpadla wgłąb ziemi i można sadzić 😉
Kupiłem jeszcze nawóz do bukszpanów, trochę humusu mi zostało do podsypania pod korzenie i jazda.

Bukszpan Leroy

Bukszpan Leroy


Dwa rzędy co „około” 20 centymetrów, trzeba poczekać jakieś 5-10 lat i powinno być bardzo intymnie. Intensywnie podlać i czekać aż się przyjmie.
Trochę się bałem że obok iglaki no i generalnie bardzo iglaście, ale od pierwszej paczki zaczęło się coś korzenić więc dorzuciłem kolejne metry.

Drugi rząd bukszpanu przy ogrodzeniu

Drugi rząd bukszpanu przy ogrodzeniu


Na drodze ogrodzenia wystąpiła mała przeszkoda. Jakiś krzak, który postanowiłem zostawić i ominąć. Za kilka lat dowiemy się czy to był dobry pomysł.

Omijanie drzewka bukszpanem

Omijanie drzewka bukszpanem


Nie wszystko poszło równo ponieważ nie skorzystałem z rady aby rozwinąć sznurek ale uznałem że na przestrzeni lat to sobie wyrównam przycinając.

Nie całkiem równy rząd bukszpanów

Nie całkiem równy rząd bukszpanów


Bukszpan pomiędzy Thują i krzewem

Bukszpan pomiędzy Thują i krzewem


Na koniec końcóweczka pomiędzy Thują i krzakami teściowej. Reszta w kolejnych odcinkach 😉

Końcówka bukszpanów

Końcówka bukszpanów


Domek dla dzieci – samemu

Opublikowany: Wrzesień 8th, 2016 | Autor: | Kategoria: Design, Dom i mieszkanie, Dziecko |
Tagi: , , , , , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

Jeśli wasza pociecha zobaczy u innego szkraba domek dla dzieci, to w zasadzie możecie być pewni że niebawem podobny domek będzie musiał pojawić się u Was.
To jedna z rzeczy pewnych. Warto więc pomyśleć o tym, czy kupić jakieś tanie badziewie za 600-800zł, czy postawić samemu coś co posłuży także nastolatkom za kilka czy kilkanaście lat? Ja uznałem że fajnie będzie zainwestować trochę grosza i zrobić coś co nawet będzie służyło rodzicom 😉

Przejrzałem trochę internet, dowiedziałem się kilku rzeczy na temat budowania więźby dachowej i obciążeń konstrukcyjnych no i niewiele myśląc bez żadnego projektu pojechałem do Leroy Merlin kupiłem trochę drewna, cement, wsporniki i zacząłem kopać dołki pod słupki. Od tego zacząłem.
Pomyślałem że konstrukcja i tak nie wymaga jakiegoś wielkiego pomysłu więc przyjąłem jedynie ogólny wymiar 160×200 i postawiłem szkielet domku.

Podstawa i fundamenty

Podstawa i fundamenty

Następnie czekała mnie najgorsza część czyli więźba. Bałem się tego strasznie jak to wypozycjonować ale na szczęście nie była to ciężka konstrukcja i dzięki kilku ściskom pojawiły się krokwie.

Więźba dachowa początki

Więźba dachowa początki


Krokwie początki

Krokwie początki


Kiedy do krokwi doszły jętki przyszedł czas na deskowanie.
Idąc po najmniejszej i najtańszej linii oporu wykorzystałem w tym celu boazerię. Dzięki układowi pióro – wpust konstrukcja ścianek i dachu zyskała lepszą izolację i lepszą stabilność przy bardzo niskim nakładzie kosztów. Poza tym mało istotna była w tym momencie jakość samego drewna, które de facto jakościowo był tragiczne. Połamane pióra, sęki dziury jak w serze. No ale na potrzeby deskowania nadały się idealnie – lekkie tanie i w miarę równe.

Deskowanie boazerią

Deskowanie boazerią

Kiedy powstały parapety było już co opijać więc Zuza zaopatrzyła się w Martini i dokonaliśmy pierwszej inspekcji budowlanej 😉

Parapetówka w domku dla dzieci

Parapetówka w domku dla dzieci


Tato gdzie są okna i drzwi? Takie pytanie od 4-latka może zaskoczyć, no ale w zasadzie ma rację.
Przejrzałem markety budowlane i drzwiczki ażurowe do łazienek ;P tanie gotowe i prawie pod wymiar. Długo nie trzeba było mnie namawiać. Kupiłem, dokręciłem kilka zawiasów i śmigają 😉

Ażurowe drzwi do domku dla dzieci

Ażurowe drzwi do domku dla dzieci

No i generalnie można powiedzieć że podstawowe elementy już są. No ale coś mi nie pasowało w samym kolorze. Nagle domek stał się smutny i ciemny dlatego też postanowiłem trochę powalczyć z dębowym lazurem. Zdarłem szlifierką starą farbę ale na tyle niedokładnie aby zrobić coś w rodzaju „krowich łat”. Następnie nałożyłem dwie warstwy lazura średniego dębu. Od tej pory domek nazywa się „Krówka mówka odcień Safari”. Nie do podrobienia ;D

Domek dla dzieci - Kolor Safari

Domek dla dzieci – Kolor Safari

Kolejny etap to pokrywanie dachu gontem. Przyznam że trochę się bałem wchodzić na dach i przybijać tackerem gont ale dach wytrzymał razem ze mną (86kg) + gont (90kg) co oznacza tylko tyle że nie straszne nam już deszczowe wieczory z Martini. Później doszły jeszcze obicia narożne, które będą kontrastować z jasnymi ściankami i schodki z mini tarasem. Planuję jeszcze zdobienia i być może jakieś płaskorzeźby czy ornamenty, zobaczmy czy starczy chęci i zapału 🙂

Rodzinka na schodkach

Rodzinka na schodkach

Domek pokryty gontem

Domek pokryty gontem


Majówka 2016 – rodzina 4 plus

Opublikowany: Maj 8th, 2016 | Autor: | Kategoria: Dziecko, Podróże |
Tagi: , , , , , , , , , , , , ,
Brak komentarzy 2 komentarze »

Nie było nas w Zakopanym od 3 lat!
Dzieci, ciąże, przeziębienia, każdy powód jest dobry aby nie jechać w góry, jednak w tym roku wymówki nie było. Wyjazd zaplanowaliśmy całkiem starannie – kombi, 2 foteliki, łóżeczko turystyczne, wózek z pompowanymi kołami, płaszcze przeciwdeszczowe, wymiana klocków hamulcowych, wcześniejsza rezerwacja … i tak dalej.

Ale od początku.
Tym wyjazdem żyliśmy od marca. Zastanawialiśmy się nad trasą, miejscem, czy dzieciaki wytzrymają – czacha dymi po prostu.
Na początek zmiana klocków w aucie. Tu wyszło kilka rzeczy które nie powinny wydarzyć się na trasie – do uszczelek jarzma dostała się woda, przez co klocki nie pracowały tak jak należy, aż w pewnym momencie przestały odbijać na tylnym kole. Krótko mówiąc felga się grzała. Trochę pracy z odrdzewiaczem, smar do tłoczków i wszystko zaczęło śmigać jak należy.

Automatyczny karmnik dla psa. Musieliśmy zostawić naszego psiaka na kilka dni więc była to konieczność. Może to banalna rzecz dla małego psa ale przy psiaku 15-20kg to nie przejdzie i nigdzie w sklepach typu „Kakadu” takich podajników nie ma. Problem: 5 dni, pies sam na podwórku, brak automatycznego podajnika. Rozwiązanie jest bardzo proste: potrzebna jest rynna, kolanko, kubełek plastikowy, sznurek, oraz sucha karma. Jeśli mamy około 100-150cm rynny, mocujemy ją pionowo tuz obok oryginalnej rynny odpływowej, zakończając wszystko kolankiem. Z góry sypiemy karmę, karma grawitacyjnie spada w dół, całość rynny przykrywamy kubełkiem aby nie doszło do zawilgocenia od góry. Gotowe.


Karmnik dla dużego psa

Karmnik dla dużego psa


Czy to wszystko? Tak, można jechać.
Jasne, można jechać. 2 razy wracaliśmy po zamknięciu bramy, bo zapomnieliśmy czapki i schowka doczepianego pod wózkiem. Trzeba było usiąść, przeżegnać, stopka Jezuska itd. Teraz można jechać.


Startujemy

Startujemy


Ruszyliśmy trasą: Mińsk – Góra Kalwaria – Grójec – Radom – Kielce – Kraków – Rabka Zdrój – Nowy Targ – Zakopane. Ruszyliśmy o godzinie 21.00, dzieciaki szybko usnęły, no i rozpadał się deszcz (warunki idealne po prostu). Przestało padać gdzieś w okolicach Grójca, tam też zrobiliśmy pierwszy postój w celu kontroli kół i hamulców. Pomiędzy Kielcami i Krakowem remonty, więc w nocy ryzyko pomylenia pasów i jazdy pod prąd stało się bardzo wysokie. Zmiany organizacji, rozjazdy, dzielenie pasów, szkoda gadać. W dzień wygląda to w miarę logicznie, ale w nocy, kiedy nie ma nikogo na trasie można się pogubić.
Dojechaliśmy do Zakopanego około 4.00 (czyli z postojami 7 godzin) i postanowiliśmy podziwiać wschód słońca na drodze Oswalda Balzera. To trasa na Łysą polanę i tam też pojechaliśmy. O tej porze roku nie potrzeba tu żadnych łańcuchów na koła, wystarczy nie jechać zbyt szybko bo ilość zakrętów jest dość spora a spalanie w dieslu to jakieś 10-13 l/100km. Przed godziną 5.00 byliśmy na Łysej Polanie, gdzie przywitał nas pan parkingowy i poinformował że dzień parkingu wynosi 20zł. Z tego miejsca najszybciej można dojść trasą na Morskie Oko więc to ważny punkt przystankowy dla podróżujących autem. Przez całą drogę podziwialiśmy wschód słońca, a dzieci były zachwycone widokiem Tatr o poranku. Wróciliśmy do Zakopanego a następnie do Kościeliska i do Willi Aniołówki. Nasza doba hotelowa zaczynała się od godziny 14.00 a była dopiero 7.00 więc Zuza dogadała się że zostawiamy nasze walizki pod recepcją i ruszyliśmy na Gubałówkę. Tak zaczął się nasz poranek:

7 rano w Kościelisku

7 rano w Kościelisku


Dzień 1
Około godziny 8.00 byliśmy pod Gubałówką, z wózkiem, dwójką dzieci i nie po to aby wjechać kolejką. Jeśli ktoś z was wpadł na pomysł pokonania Gubałówki wózkiem z dzieckiem to witam w klubie. Na dokładkę przypominam, że nie spaliśmy od 28 godzin i piliśmy tylko Red Bulla na dwoje. Ruszyliśmy z wózkiem pod górę.
Nasz starszy syn zaskoczył nas bardzo formą bo wyciął jak przecinak i zostawił na w tyle. Ja po 20 minutach byłem już mokry a ludzie jadący kolejką przecierali oczy kiedy widzieli mnie z wózkiem. Nawet baca pasący owce nie mógł się nadziwić co tu robi ta szalona rodzina. Później zaczęły się „schody” więc musiałem nieść wózek z dzieckiem (w sumie jakieś 30kg + graty w wózku) wtedy to po raz pierwszy nogi się pode mną ugięły. Zrobiliśmy postój ale nie dałem za wygraną. Przeszliśmy (na jak mi się wydawało) łagodniejszą stronę z polaną. Ten malutki odcinek zajął mi bardzo dużo czasu, za to mój starszy syn radośnie wchodził pod górę a potem wracał by mi pomagać. Pod koniec tej męki ludzie z radością nagrywali moje podejście i pewnie gdzieś w internecie znajdzie się moje hardcorowe podejście z wózkiem. Będzie beka ale koniec końców doszliśmy!


Gubałówka z wózkiem

Gubałówka z wózkiem


Po tej hardcorowym poranku ruszyliśmy do naszej noclegowi w Aniołówce i w zasadzie od razu położyliśmy się spać. Tym razem nie wykupiliśmy śniadań z tego powodu że Zuza już zaopatrzyła się w sklepie we wszelkie składniki na domowe śniadania. Każdego ranka mieliśmy więc naleśniki, jajecznice a na obiady makaron z kotletami itp.

Dzień 2
Byliśmy już wyspani i wypoczęci na wyprawę na Morskie Oko. Specjalnie na tę okazję zmontowałem własnoręcznie jeszcze przed wyjazdem dostawkę do wózka. Taka dostawka kosztuje ponad 300zł w SMYK-u natomiast ja zmontowałem podobną z kilku części z Leroy Merlin za 140zł. Potrzebujecie tylko:


Dostawka DIY zrób to sam

Dostawka DIY zrób to sam


Jednak po głębszej chwili namysłu, postanowiłem nie targać jeszcze kolejnego balastu i poszliśmy tylko z wózkiem. To chyba był błąd bo Oskar nie trawił prostej asfaltowej drogi. Takie proste trasy są dla niego za nudne i od razu zaczyna marudzić że bolą go nogi. Kiedy się męczył stawał na tylnej osi wózka ale i tak bez marudzenia się nie obeszło więc płacz dzieciaków musiały rekompensować nam widoczki.


W drodze na Marskie Oko

W drodze na Marskie Oko

Z dziećmi na Morskie Oko

Z dziećmi na Morskie Oko


Dojście do celu z dzieciakami zajęło około godziny dłużej niż przewidziany czas na znakach. Przelotnie pokropiło a po drodze oczywiście dziecko musiało się pobawić w zalegającym śniegu gdyż żadnych innych atrakcji dla siebie nie znalazł. To ważna informacja dla rodziców którzy chcą wynudzić marszem po asfalcie swoje dzieci.
Na końcu czekała już największa atrakcja dzieciaków czyli jezioro i kamienne schody.


Morskie Oko maj 2016

Morskie Oko maj 2016


Maj 2016

Maj 2016


Powrót nie należał do przyjemnych. Dzieciaki były już zmęczone i płaczące, dodatkowo rozpadał się grad i spadła temperatura. Resztką sił jakoś udało się dotrzeć do parkingu i wrócić do Aniołówki.

Dzień 3
Na ten dzień plan był inny ale nauczeni doświadczeniem postanowiliśmy uderzyć w jak najmniej nudne miejsce dla 3,5 latka. Wypadło na jaskinię Mroźną w Dolinie Kościeliskiej. Po kawałku nudnej drogi dla dzieci trafiamy na kamienną i stromą ścieżkę prowadzącą do jaskini gdzie jest kasa biletowa. Zapomnijcie o wózku, zaopatrzcie się w nosidełko lub niech dzieci idą na własnych nogach. Nosidełko też nie jest idealnym rozwiązaniem ponieważ są takie chwile kiedy z nosidełkiem musiałem się zwyczajnie czołgać przy szczelinie 50-70cm brodząc po kostki w wodzie. Ze ścian kapie lub leje się woda jest wilgotno i klaustrofobicznie. Dzieci są zachwycone ale mają mokre skarpetki 😉


Jaskinia mroźna z 3 latkiem

Jaskinia mroźna z 3 latkiem


Jaskinia mroźna z nosidełkiem

Jaskinia mroźna z nosidełkiem


Gorzej jest już po wyjściu, tam przywita nas mnóstwo drewnianych schodów a dzieciaki nie lubią schodzić w dół i to przez około 15 minut. Powrót brzegiem potoku też dla dzieciaków może być nudny, za to widoki dla rodziców super.


Schody z jaskini Mroźnej

Schody z jaskini Mroźnej


Dzień 4
Na ten dzień postanowiliśmy uderzyć do doliny Strążyńskiej i wodospadu Siklawica.
Trasa jest lekka i ciekawa dla dzieci ponieważ idziemy pod górkę, jest trochę kamieni, mostów, potoków i kałuży. Ostatni odcinek do wodospadu to kamienne schody, więc dla dzieci jak znalazł. Najlepiej z nosidełkiem lub spacerówką bo niesienie ciężkiego wózka się nie sprawdzi.


Siklawica z dziećmi

Siklawica z dziećmi


Siklawica w dolinie Strążyńskiej

Siklawica w dolinie Strążyńskiej


Siklawica z nosidełkiem

Siklawica z nosidełkiem


Dzień 5
Dzień powrotu w którym Agnieszka wpadła na pomysł aby zaliczyć jeszcze kopalnię soli w Wieliczce. Zanim to jednak nastąpiło musieliśmy się jeszcze zaopatrzyć w komplet oscypków i seropodobnych wynalazków, dlatego też wstąpiliśmy do bacówki:


Bacówka

Bacówka


Po około godzinie od wyjazdu z Zakopanego byliśmy już w Krakowie. Trochę nie wierzyłem w to że uda się nam w sobotę kupić bilety ale na miejscu okazało się że bilety kupiłem od ręki a w ciągu 10 minut weszliśmy już do środka kopalni. Cóż mogę powiedzieć? Jestem pod wrażeniem dwóch sal, niestety ogólnie średnio to musi wyglądać dla naszych zagranicznych gości. Mowa tu o organizacji oraz jakimś takim ogólnym pośpiechu i fabryce wycieczkowej. Grupy się mieszają (polska grupa z zagranicznymi bez tłumacza), przewodnik nie czeka aż wszyscy usłyszą historię jaką opowiada po prostu nawija i leci dalej. W grupie o rozkładzie 90% dorosłych 10% dzieci, trzeba z dzieciakami w zasadzie biegać trzymając je na rękach i szybko zajmować dogodne miejsce bo przecież Niemcy i Francuzi nie ustępują kobiecie z dzieckiem. Nie wiem co myślą o nas Chińczycy ale kiedy na początku widzą rekonstrukcje górników a następnie krasnale i zabawkowego bazyliszka to mogą mieć wrażenie że nie znajdują się w kopalni soli a w powieści Tolkiena i za chwilę pojawi się Gandalf.


Wieliczka - Sala Kazimierza Wielkiego

Wieliczka – Sala Kazimierza Wielkiego

Kopalnia Soli w Wieliczce - Sala św. Kingi

Kopalnia Soli w Wieliczce – Sala św. Kingi


Tu kończy się nasza przygoda, po kolejnych 3 godzinach byliśmy już domu. Dzieci się wyspały my niekoniecznie 😉


Stan licznika tuż przed końcem podrózy

Stan licznika tuż przed końcem podrózy


Na koniec poranki jakie umilały nam wstawanie z łóżka:


Poranek w Kościelisku

Poranek w Kościelisku


Dzikie zwierzęta na wsi

Opublikowany: Październik 16th, 2015 | Autor: | Kategoria: Dom i mieszkanie, Przemyślenia
Brak komentarzy Brak komentarzy »

Tym razem temat na luzie, czyli jakie zwierzaki odwiedzają nasze pielesze?
Okazuje się że jest ich całkiem sporo. Poza kotami, gołębiami, szpakami, wróblami, dzięciołem, kuropatwami, wronami i gawronami …
Mamy jeszcze takich gości :

Tradycyjnie wiewiórka poszukująca jakichś wróblich jajek.

Wiewiórka

Wiewiórka


Kuna. Szkodnik który szuka również jajek po drzewach, ale okazyjnie zagląda do psiej miski.
Kuna

Kuna


Jeżyk. Nocny szuracz i poszukwiacz jabłek w ogrodach. Nie przyjmuje jabłek od obcych.
Jeż

Jeż

Jeż

Jeż


A na koniec bociek, który odwiedził sąsiadów, więc szykuje im się trzecie dziecko 😉
Bocian

Bocian


Czekamy na sarenki, łosie, dziki 😉
Wiemy że są nieopodal, na śniegu zostają ślady.


Maskownica rur – samemu

Opublikowany: Październik 4th, 2015 | Autor: | Kategoria: Dom i mieszkanie |
Tagi: , , , , ,
Brak komentarzy Brak komentarzy »

3 lata czekały i się doczekały 😉
Nasze kochane rureczki z licznikiem i rzeźba hydrauliczna doczekały się maskownicy według własnego projektu.
Szukałem po sieci jakichś rozwiązań, ale generalnie poza jakimiś wycinankami na kaloryfery niewiele znalazłem. Chodziło mi o konkretne zastosowanie, czyli maskowanie, ale z dostępem do licznika i zaworów, przewiewne, ponieważ rury w lecie potrafią się „oszronić”. Ponieważ zostało mi trochę kontrłat z dachu, postanowiłem to wykorzystać do swojej maskownicy. I takim oto sposobem powstało to:


Maskownica rur

Maskownica rur

Zaślepka rur

Zaślepka rur


Dwie listwy są zdejmowane. Wiszą na kołkach w kształcie litery L, zapewniając dostęp do zaworów.
Konstrukcja jeszcze będzie lakierowana i przytwierdzona do ściany.
Całość jest wypoziomowana i stoi samoistnie, ale z powodu dzieciaków które z pewnością kiedyś wpadną na pomysł aby się wspinać po szczebelkach, będzie w jakiś sprytny sposób przymocowana z możliwością szybkiego zdjęcia.


I pomyśleć, że wszystko na początku wyglądało tak jak na tym zdjęciu:

Rury niezamaskowane

Rury niezamaskowane


Gres na schodach wejściowych – samemu

Opublikowany: Październik 24th, 2014 | Autor: | Kategoria: Dom i mieszkanie |
Tagi: , , , , ,
Brak komentarzy 1 Komentarz »

Przyszedł taki czas że schody wejściowe ganku zaczęły przypominać Polskie drogi i nabrały koloru zielonego, a więc … przyszedł czas na gres.
Tak naprawdę to miałem się tym zająć jakieś 2 lata temu, ale jak się okazuje, na wsi jest zawsze coś pilniejszego do roboty. Tak więc, nastał najlepszy czas na gresik, a do tego była promocja.
Ten kolor to jeden z trzech dostępnych od ręki w marketach, który nam pasował do elewacji.
Nic tylko brać, 19 zł z metra.

Gres ganek

Gres ganek

Na początek poszła w ruch kątówka ze szczotą drucianą, aby bloczki betonowe zaczęły przypominać beton. Następnie folia w płynie. Drogie ale niezbędne na zewnątrz.
Tu mały kierownik budowy oceniał jakość.

Młody pomocnik

Młody pomocnik

Następne w kolejności już układanie płytek i walka z dystansami. Na zewnątrz fuga minimum 1cm. Generalnie wylewając schody założylem schodek na około 33cm + fuga, więc jakichś specjalnych przycięć płytek nie było. Poza pionowymi oczywiście 😉 Dużo większy problem był ze spadkami i wyrównywaniem powierzchni. Kleju poszło sporo.

Cersanit Muro

Cersanit Muro

Na koniec poszło też sporo fugi, wcale nie taniej. No ale jak robić to porządnie 😉


-->